Odd Thomas - Dean Koontz
Powieść Odd Thomas, to średniej wielkości książeczka autorstwa Deana Koontza. Sięgnąłem po nią, bo dawno, dawno temu czytałem ostatnią książkę Koontza. Jak sobie przypominam to było wtedy, gdy Koontz zaczął się pojawiać na naszym rynku. Więc stare czasy. Pamiętam, że wtedy książki Koontza były dla mnie “dziwne”. Nie zachwycały jakoś szczególnie, ale też nie odrzucały. Było w nicvh coś takiego, że czytało się jednak dalej, by poznać zakończenie. Zastanawiałęm się jak będzie teraz…
Odd Thomas to opowieśc o zwykłym młodym facecie żyjącym w zwykłym małym miasteczku. Nie. Stop. Jego życie nei jest takie zwykłe. Odd Thomas pochodzi z rozbitej rodziny. MAtka wariatka, żyje sama, czerpiąc środki do życia z alimentów. Dla sąsiadów jest cudną kobietą i sympatyczną sąsiadką. Trochę dziwną, alenie specjalnie, by się nad tym zastanawaić. Natomiast jej podejście do życia wyklucza jakiekolwiek problemy. Z założenia nie dotykają jej. Choć istnieją. Jak się nie trudno domyślić jej syn, Odd, był i jest jednym z takich problemów. A skoro tak, odsunęła go od siebie. Ojciec Odda zaś jest nałogowym pożeraczem młodych kobiet. On także niespecjalnie przepada za swoim dzieckiem. Co za tym idzie Odd jest na świecie sam, nie licząc swojej dziewczyny i kilku przyjaciół, którzy znają jego sekret. A sekretem tym jest, że Odd Thomas widuje duchy zmarłych. Widuje i komunikuje się z nimi, choć jest to raczej komunikacja w trybie odczytu przekazu z zaświatów. Po za zmarłymi Odd widuje także inne niewidoczne dla zwykłych ludzi “zjawiska”.

Obóz koncentracji - Thomas M. Disch
Niedawno wydano w Polsce książkę, napisaną w 1968 roku, pt. Obóz koncentracji. Książkę nad wyraz niesamowitą w formie jak i w treści.
Jestem zachwycony lekturą powieści, na której mimo upływu czasu nie widać zęba czasu. To najwyraźniej zaleta wielkich umysłów, aby pisać uniwersalnie, nie wkraczając w zbytnie opisy techniczne świata. A jednocześnie dotykać sedna, zawierać istotną treść. I tak obóz koncentracji jest powieścią wielowymiarową, niejednoznaczną. Autor zwraca się w niej już samego założenia do inteligentnego czytelnika, zarzucając go cytatami z dzieł popularnych jak i kultury wysokiej. Można czasem mieć wrażenie, że powieść jest przeintelektualizowana, gdy ilość odniesień do poezji czy dzieł filozoficznych zagęszcza się na stronach i podawana jest jednym tchem. Są strony, które musiałem przeczytać więcej niż raz, bo nagle poczułem się zagubiony w tym gąszczu myśli ezoterycznych. A Disch na następnej stronie znów zarzucał mnie kolejną dawką przemyśleń lub nawiązań. Bez dwóch zdań – autor jest wyśmienitym erudytą. Nic dziwnego, że został uznany za jednego z najważniejszych przedstawicieli Nowej Fali w światowej fantastyce lat 60-70tych XX wieku.

Stephen King – Ręka Mistrza (Duma Key)
Umarł król, niech żyje król! Oto powrócił w glorii chwały mistrz horroru i uderzył z siłą tornada. King i jego Duma Key – w polskim tłumaczeniu: Ręka Mistrza. Ponad 600 stronicowa powieść grozy sprawia, że czytelnik nie może się oderwać od opowieści. Nie sposób przestać. Nie sposób zrobić przerwy. Ręka mistrza wciąga jak bagno, przyciąga jak magnes…
Oczywiście trzeba lubić Kinga, tego starego. Dobrego. Inaczej nieśpiesznie rozwijająca się opowieść może trochę znużyć. Mnie to ominęło. Przez ponad 2/3 książki napięcie bardzo spokojnie, acz ciągle narasta. King oprowadza nas po stworzonym świecie, opowiada losy człowieka, który umarł i teraz narodził się ponownie. Zmarł inżynier, narodził się artysta. Poturbowany przez życie człowiek, na przekór losowi, odzyskuje siły, zdrowie a do tego zaczyna z niesamowitą pasją tworzyć najpierw szkice, następnie obrazy. Niczym rasowy artysta, spadkobierca Dali, w szale tworzenia utrwala niesamowite obrazy. Obrazy, w których fikcja zaczyna mieszać się z rzeczywistością. A może ich autor popada w szaleństwo?

Epifania wikarego Trzaski - Szczepan Twardoch
Epifania wikarego Trzaski to niesamowita książka. Jej niesamowitość bierze się z wielkiego nagromadzenia szczegółów, wyśmienitego klimatu i ciekawej fabuły w małej objętości. Jednocześnie nie jest to powieść akcji, a tylko powolnie snująca się pewna historia. Historia niesamowita, ocierająca się o horror – bo na pewno wielu z czytelników uzna ją za przerażająca.
W istocie – historia jest przerażająca, ale w sposób mistyczny. Wręcz niespotykany w polskiej literaturze, zalewanej obecnie wszelaką formą fantasy lub fantastyki byle jakiej. I właśnie – ciężko dziś jednoznacznie powiedzieć, czy rozmowy z Bogiem lub Szatanem to fantastyka czy realizm nieateistyczny? Takie pytanie stawia nad tą powieścią Jacek Dukaj. Czytelnikowi pozostaje wewnętrzna odpowiedź.

Moja Afryka - Kinga Choszcz
OSTATNIA PODRÓŻ PRZEZ
BEZKRESNĄ KRAINĘ ŻYCIA I ŚMIERCI
Bardzo trudno było mi się zabrać do opisania tej książki. W grę wchodziły zbyt duże emocje. Musiałem przeczekać, wyciszyć, uspokoić. „Moja Afryka” na pewno zachwyci, zaskoczy i poruszy czytelnika. Być może nawet do łez…
Sięgając po książkę „Moja Afryka” Kingi Choszcz oczekiwałem wiele i równie wiele dostałem. Bo to bajeczna wręcz podróż autostopem po współczesnej Afryce. Afryce gorącej, rozpalonej zimowym słońcem. Afryce tętniącej życiem, nawet tam, gdzie człowiek by się go nie spodziewał. Afryce oferującej nieprzebraną ilość zapachów, smaków, kolorów. I przygód. Czytając odkrywałem ponownie ten ciemny ląd, niczym Staś podróżujący u boku Nell. Bo czytać „Moją afrykę” to jak iść przez pustynne drogi mając za przewodnika niezwykłą osobę – Kingę. Osobę, która opowiada, dziwi się, zachwyca, pokazuje i zwraca uwagę na drobne detale, niewidoczne z klimatyzowanej terenówki czy zasłonięte dla oczu turysty mieszkającego w hoteliku gdzieś na wybrzeżu przy wielkim mieście. Oto Afryka pokazana tak, jak podróż przez małe wioski i miasteczka Polski. Bez wielkomiejskiego szumu, bez blichtru sławy, błysku reporterskich fleszy. Ciekawie, z humorem.

Hubert Ronek - Henryk i Bonifacy
Chcecie? Opowiemy wam bajkę? Są wakacje, morze jest błękitniutkie i cichutko nam szumi, nawet jeśli tylko w głowach, to i tak ze świadomością, że w każdej dowolnie wybranej chwili mamy je ot tak na wyciągnięcie ręki, tuż-tuż za rogiem… Do tego świeci nam słonko i brak na nim jakichkolwiek wrednych chmurek, nawet takich czających się daleko na horyzoncie, mogących zepsuć nam tę chwile. Jest tak sielsko-anielsko, że normalnie mogłoby się od tego aż zrobić niedobrze. Ale nie nam… Wchodzimy więc sobie w takich okolicznościach umysłu i przyrody do księgarni, gdzie każde z nas wybiera i kupuje sobie komiks, niezobowiązującą lekturę letnią na kilka chwil najbliższych. Ruszamy ku plaży, siadamy tam na ławeczkach, a niektórzy to nawet się na nich kładą. Czego chcieć więcej? To my - Mały Tynek, Charky i Smarky. Widzicie nas teraz bardzo wyraźnie w chwili słabości. Rozłożonych na ławkach w Gdyni. Nie wykorzystujcie tego w przyszłości. Więcej nam nie trzeba. Taka to prosta instrukcja do naszych modeli.

Jason Lutes - Karuzela głupców
Ten komiks początkowo wywołał zgrzyt – pierwsza plansza, a we mnie niechęć do zbytniej czułostkowości szoruje widelcem po talerzu. Gęsia skórka wychodzi, uszy składają się do środka, oczy odwracają, szukają innych bodźców. Brrrr… Na szczęście przewróciłam kartkę. I nie skończyło się na jednej, gdyż zamarłam, widząc czarno-białe rysunki, które były jak złoty kluczyk do skrzyneczki mojej podświadomości, a początkowy dysonans dźwiękowy zmienił się w nieśmiałe scratche, by ostatecznie rozkołysać mnie DJ-ską wirtuozerią. Dawno już nie widziałam obrazów, które tak dotkliwie oddawałyby stratę. Niechcianą i bolesną jak amputacja kończyny w alkoholowej narkozie, po których na dodatek zostają kac i bóle fantomowe.
„Karuzela głupców” to pierwszy komiks Jasona Lutesa. Nie wiem, czy rzeczywiście zdobył on licznych wyznawców (jeśli wierzyć przedmowie, możemy mówić o swoistym lutesoizmie), ale następne dzieło – „Berlin. Miasto kamieni” – znalazło się niby wśród szczytowych osiągnięć komiksowych XX wieku w sumie bardzo opiniotwórczej gazety amerykańskiej, magazynu „Time”. Potem autor/artysta (nie bójmy się tego wyrazu) wydał jeszcze komiks o Houdinim, a chyba już w mijającym roku Lutes pokusił się o kontynuację „Berlina” (wybaczcie oględność, ale w morzu Bałtyckim i wielce utrudniającym wakacyjny odpoczynek deszczyku, zalewającym nas tu dzień w dzień, utonęła moja szczegółowość teleturniejowo-biograficzna, a może tylko ją wyłączyłam, by nic jej nie uszkodziło?). Lutes jest już w każdym razie komiksową sławą, i wcale temu się nie dziwię.

David Peace - Nineteen seventy-four (1999)
Czy ma jakiś sens kończenie lektury cyklu powieściowego pierwszym tomem owego cyklu? W sumie chyba tak, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie ma się innego wyjścia (bo przeczytać trzeba), a za to ma się świadomość że i tak można znów sięgnąć po kolejne części, nieprawdaż?
Tak właśnie jest ze mną w przypadku cyklu Davida Peace’a. Cóż, przeczytanie pierwszego tomu rozjaśniło mi kilka niejasności z tomów późniejszych. Co prawda niezbyt wiele, ale zawsze coś. Teraz dokładnie wiem jak to się wszystko zaczęło. Bardzo dokładnie. Z wieloma szczegółami. I mam coraz większą ochotę by powrócić znów do kolejnych tomów.
Otóż już na pocztąku lat 70-tych na terenie Yorkshire zaczęły ginąć dziewczynki. Małe dziewczynki. Ed Dunford - świeżo upieczony korespondent spraw kryminalnych - po kolejnym zaginięciu zostaje skierowany przez swoją gazetę (ten sam co później ‘Evening post’) do śledzenia tego tematu, węszenia po dziennikarsku. Mimo iż Ed jest swój - tzn. pochodzi z tych okolic - to jednak nie było go tu przez jakiś czas i niezbyt się orientuje w takim miejscowym ‘who is who’ i w miejscowych realiach.
