Nowa Fantastyka 4/2012 (opowiadania)

nf201204-cwiek.jpgDuża ilość krótkich opowiadań w tym numerze. Cztery polskie cztery zagraniczne, z czego dwa korzeniami sięgające Azji. U mnie jak zwykle problem - bo jakoś nie przepadam za opowiadaniami, chyba, że są po pierwsze dobre, po drugie ciekawe - co sprowadza się w sumie do jednego. Wśród tych 8 opowiadań 6 mogę pominąć. Albo mi się nie podobały (choć doceniam nakład pracy włożony przez autorów w ich powstanie) co jest kwestią mojego gustu. Albo mnie znudziły zanim dobrnąłem do końca tych krótkich form.

Gdyby Ćwiek był ponętną (czyt. Cycatą) celebrytką i zamiast ukrywać się w niszowym czasopiśmie dla zakręconych dziwaków (czyt. lubiących fantastykę) to za swój popkulturowy sarkazm w miniaturze Świadectwo (Live) na pewno wylądowałby przed obliczem sądu (ale nie Najwyższego) za obrazę wielu uczuć religijnych. Zrobiłby sobie dzięki temu reklamę stanowczo większą niż to, co w ramach kary musiałby zapłacić.

Opowiadanie, zaś jak opowiadanie - osobiście nie przypadł mi do gustu wulgarny język połączony z literacką narracją bohatera. Ale nie za przekleństwa. Tylko za oszustwo. Z jednej strony muzyk przeklina niczym szewc-satanista, rockmen plugawy. Z drugiej myśli prozą literacką wskazującą na to, że te mruczane pod nosem przekleństwa i cały ten wizerunek muzyka-przygłupa to nieudolna próba stworzenia na pokaz wizerunku innego niż prawdziwy. Zbyt inteligentny jest nasz bohater, żeby wydał się prawdziwy i nieśmieszny udając głupka. Zbyt duża rozbieżność myśli i słów. Więc zgrzyta. Sam pomysł na opowiadanko taki troszkę w klimatach Tarantino, co nie jest samo w sobie ani złe ani dobre. Za to w jednym zdaniu mogę ująć czego się spodziewać. Raczej sarkazmu i śmiechu z popkultury niż poważnego kultu diabła. Więc to mój typ tego numeru. Głownie za to, że opowiadanie zarówno podobało mi się i nie podobało równocześnie. Czyli wywołało emocje. I chciało mi się o nim napisać parę słów.

Drugie opowiadanie, które zwróciło moją uwagę to Pierścien Verthandiego (Ian McDonald). Tutaj się zawiesiłem. Po opowiadankach takich sobie, o nauce celowania z łuku, o nożu pod szafką, o jakichś takich sprawach prostych lekko magicznych Ian McDonald uderzył we mnie twardym Science-Fiction i to jeszcze w klimatach jakich nie znam. Przypuszczam, że byłoby mi dużo prościej wbić się w ten jego świat, gdybym miał za sobą choćby Rzekę bogów lub inną powieść. Bo jego opowiadanie nie tylko pełne jest tego, o czym się teraz niewiele pisze, przedkładając smoki i magię nad kosmos, gwiazdy i ogólnie rzecz ujmując wszechświat w ujęciu kosmologicznym. Ale także w tym wszystkim pojawia się pełnia nazw mistycznych z jego świata. Świata Iana McDonalda. Dlatego się zawiesiłem…

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz