Nieśmiertelność zabije nas wszystkich - Drew Magary

05/03/2012 By: GrafZero Kategoria: Fantastyka, Powieść

niesmiertelnosc-zabije-nas-wszystkich-drew-magary-postmortem-proszynski-2012.jpgPost mortem.

Pierwszy rozdział książki, lub raczej pierwsza część (powieść podzielono na 4 części dziejące się w rożnych odstępach czasu) to swoiste wprowadzenie do nieśmiertelności. Krótka historia powstania a właściwie przypadkowego odkrycia leku pociąga za sobą liczne konsekwencje - głównie społeczne. Nie trudno się domyślić, że lek staje się obiektem pożądania wielu ludzi, co musi prowadzić to utworzenia czarnego rynku. Naturalnym tokiem rzeczy powstaje także opozycja - stanowczy przeciwnicy nieśmiertelności. Całość poznajemy niczym badacze historii na podstawie przemyśleń spisanych w formie dziennika i notatek zgromadzonych z rożnych mediów. Nasz bohater, który stał się nieśmiertelny, jest niczym nie wyróżniającym się prawnikiem. Ot bohater, jak w powieściach wielu.

Spodziewałem się jednak większych rozterek bohatera i dylematów moralnych. Owszem, dyskusja o nieśmiertelności występuje, nawet w różnych aspektach. Małżeństw aż śmierć nie rozłączy, aspektów i nowych problemów prawnych, spraw kobiecych, wieku, przy którym warto lub nie warto poddać się “kuracji” lekiem. Jednak podana w formie dość sterylnej, bez wzbudzania większych emocji. Ogólnie rzecz ujmując pierwsza część powieści nie powoduje u czytelnika tego “dreszczyku”. Tak, wiem, że to nie jest książka akcji, thriller ani sensacja, jednak temat jest na tyle nośny, że dałoby się wycisnąć z niego więcej. Więc choć czyta się bardzo dobrze i szybko, to jednak bez większych emocji.

Druga część powieści to legalizacja i upowszechnienie leku. Dostępność dla wszystkich i płynące z tego konsekwencje. Wybór wieku w którym zatrzymać upływ czasu jest sprawą niebanalną. Ponad 30 letni człowiek może powoli czuć się staro. A co już mówić o dziadkach? Z drugiej strony nasila się działalność przeciwników leku, a także różnych trolli, którzy na modłę chińską tatuują swoim ofiarom prawdziwą datę ich urodzin. Trochę się dzieje.

Trzecia i czwarta część – powieść nabiera rozpędu i akcji. Mocnej, mogę napisać, wręcz męskiej. Niczym w Podziemnym Kręgu nasz bohater - znudzony nieśmiertelnością – poszukuje mocnych wrażeń. A właściwie pracy, która poza zarobkiem dawałaby mu możliwość zapomnienia o małżeństwach cyklicznych i ogólnego chaosu panującego na przepełniającej się Ziemi. Zaczyna – w zgodzie z prawem – regulować liczebność ludzi. Wszędzie tam, gdzie jest nieśmiertelność jest rosnące zapotrzebowanie na śmierć. Eutanazja – nazwijmy to – na zamówienie. W zgodzie z prawem. Odpłatna usługa. Z wieloma profitami dla rodziny (ulgi podatkowe, nieopodatkowane darowizny). Rozmowa, umowa, zastrzyk, śmierć.

Finał powieści jest zaś niezwykle wybuchowy. Choć motyw w finale kojarzy mi się trochę z Blader Runnerem (przeczytacie, będziecie wiedzieli dlaczego) – i nie potrafię się od tego wrażenia uwolnić. Niemniej jednak – jest wybuchowo i to dosłownie. Chińczycy dość wybuchowo postanowili poradzić sobie z przeludnieniem na własnym terytorium. Rozpoczyna się reakcja łańcuchowa. Dość szybko pojawia się chaos i ciemność. Nieśmiertelność zabiła ich wszystkich…

Po przeczytaniu powieści mam mieszane uczucia. Jest dobra. Ale nie w moich „klimatach”. Nie przepadam za zbyt dużą dawką satyry i humoru w tego typu wizjach prowadzących do zagłady. Książka ma w sobie za mało mroku aby była przerażająca. Owszem, zmusza do myślenia. Objawia przed czytelnikiem różne wizje i konsekwencje związane z nagłym nabyciem przez ludzki gatunek nieśmiertelności. Ale jak dla mnie cały tok myślowy toczy się jednak obok. Nie potrafiłem utożsamiać się z bohaterem ani przeżywać jego rozterek. Wszystko obserwowałem jak zza szyby. Jak w telewizorze. A w telewizorze, jak pokazują masakrę w Afryce, to dalej to jest w telewizorze. Szyba „dziennika” jako formy powieści separuje (mnie) zbyt mocno od wydarzeń…

A swoją drogą okładka z martwą śmiercią - rewelacja :)

Egzemplarz recenzencki dostarczył wydawca: Prószyński i S-ka

Tytuł: Nieśmiertelność zabije nas wszystkich
Tytuł oryginalny: The Postmortal
Autor: Drew Magary
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 21 lutego 2012 r.
Ilość stron: 464
Cena: 42,00 zł
Format: 125 x 195 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Drew Magary — Amerykański pisarz, bloger sportowy i dziennikarz, publikował na łamach między innymi „Maxima”, „GQ”, „Playboya”, „New York Magazine”, „Rolling Stone’a” i „Penthouse’a”, współpracował z Comedy Central i ESPN. Jego pierwsza książka, „Men with Balls”, ukazała się w 2008 roku, w trzy lata później wydał debiutancką powieść – „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”.

Fragment:

Nieśmiertelność zabije nas wszystkich
Drew Magary

Rozdział 8
„WSZYSCY SIĘ ROZWODZĄ”

Przez cały tydzień od przyjęcia lekarstwa pracowałem. Kiepsko to rozplanowałem. Powinienem był sobie zarezerwować na ten czas wycieczkę na Arubę, gdzie mógłbym usiąść, odprężyć się, wypić owocowego drinka, zapalić skręta i pławić się w swojej nowo zdobytej wieczności. A teraz w dodatku Katy twierdzi, że nie będę mógł przejść na emeryturę. W ciągu tych siedmiu dni, gdy przewalałem niekończące się sterty papierów, dręczyła mnie jedna, jedyna myśl: „Już zawsze będziesz to robić”. Bez końca.

Zapewne nigdy nie przestanę potrzebować pieniędzy. Nie jestem jednak pewien, co właściwie powinienem teraz robić. Nie mam już w życiu żadnego celu. Nie muszę odkładać na złotą jesień, a na samą myśl o oszczędzaniu na trwającą tysiąc lat emeryturę pęka mi głowa. Nie mogę się martwić o przyszłość, gdyż ta stała się bezkresna. Jestem w stanie przejmować się jedynie tym, co mam obecnie, w teraźniejszości. To w pewnym sensie wyzwalające doświadczenie. Jeżeli zechcę, mogę w każdej chwili wyjechać i zostać na przykład barmanem w Danii. Nie żebym się do tego palił, ale miło jest mieć taką możliwość.

Nie sądzę, by was zainteresowały szczegóły naszej pracy. W telegraficznym skrócie powiem, że jesteśmy dość dużą kancelarią prawną, zajmującą się w zasadzie wszystkim: biotechnologiami, sporami sądowymi, malwersacjami, kwestiami internetowymi i patentowymi, podatkami. W niektórych dziedzinach specjalizujemy się bardziej niż w innych. Ja prowadzę głównie sprawy związane z nieruchomościami. Wciąż nie przyznałem się do przejścia kuracji nikomu z moich współpracowników. Wczoraj jednak, kiedy przedzierałem się przez liczące chyba osiem tysięcy stron akta, wziął mnie na stronę kolega. W zasadzie to nie jest mój kolega, tylko kumpel szefa. Osoba postawiona wyżej ode mnie. Spytał, czy mam chwilę. Przestraszyłem się, myśląc, że coś spieprzyłem. Zaprowadził mnie do swojego biura.
– Znasz się może na prawie rozwodowym? – zaczął.
– O tyle, o ile.
– Będziesz się musiał podszkolić. Wiem, że jesteś zarobiony, ale organizuję właśnie specjalne seminarium dotyczące kwestii rozwodów i chcę byś się na nim pojawił.
– Dlaczego?
– Bo wszyscy się rozwodzą – wyjaśnił. – Wszyscy. Każdy bankier i spec od funduszy emerytalnych w tym mieście szuka teraz możliwości ucieczki z małżeństwa. A jeśli nie oni, to ich żony. Obecnie pracuje u nas tylko trzech ludzi znających się na tych sprawach, a to za mało. Musimy się przygotować na podwójną lub nawet potrójną liczbę tego rodzaju zleceń. Mówimy tu o procesach, które mogą się ciągnąć latami. Nie ma jeszcze nawet przepisów dotyczących nowej sytuacji. A wiąże się z tym naprawdę poważna kasa. Uwierz mi, chcesz się tym zająć. Nie chcesz wiecznie tkwić w nieruchomościach. Zresztą za dwadzieścia lat nie miałbyś się czym zajmować.
– Jezu.
Potem opowiedział mi historię, zasłyszaną od znajomego, prowadzącego sprawy rozwodowe w konkurencyjnej kancelarii. Pewnego dnia pojawił się u niego jakiś bezimienny wielki ciul, przemknął obok sekretarki i wpadł prosto do gabinetu.
– Chcę unieważnić swój ślub! – wykrzyknął wielki ciul.
– Co? – Prawnik był kompletnie zaskoczony.
– Słyszałeś! Chcę unieważnić ślub, i to szybko.
– Niemożliwe – odparł adwokat. – Masz dwadzieścia lat stażu.
– Związek został zawarty pod wpływem oszustwa.
– Jakiego znowu oszustwa?
– Oboje wzięliśmy lekarstwo. To zupełnie zmienia przesłanki naszej pierwotnej umowy.
– Owszem, ale dwadzieścia lat temu lekarstwa nie było. Żeby doszukać się tu jakiegokolwiek rodzaju oszustwa czy złej woli, kuracja musiałaby być dostępna w momencie podpisania aktu małżeństwa. Zresztą nawet wtedy nie miałbym pojęcia, w jaki sposób coś takiego podciągnąć…
– Słuchaj, jestem tradycjonalistą. Wierzę, że jeśli przysięga się przed ołtarzem, trzeba się tego trzymać. Obiecałem, iż spędzę z tą kobietą resztę swojego życia. Ale sądziłem, że będzie to najwyżej siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat. A teraz mam z nią wytrzymać przez następny tysiąc? Przecież to jakiś absurd!
– Wydaje mi się, że nie potrzebujesz unieważnienia, tylko rozwodu.
– Rozwodu? Żeby zabrała mi wszystko, co mam? Ta baba od sześciu lat spędza każdy weekend ze swoim osobistym trenerem. A na rozprawie okaże się, że skoro pięć razy puknąłem w firmie kierowniczkę działu, to ja jestem dupkiem. Sam powiedz, gdzie w tym sens? Nie, nie. Chcę unieważnić ślub. Gdyby wtedy istniało lekarstwo, nigdy by do tego małżeństwa nie doszło.
– Zrozum, nie mogę w tej sytuacji doprowadzić do unieważnienia. Sprawa jest wiążąca na zawsze.
– Ale nikt mi nie mówił, że to zawsze będzie takie długie! – wrzasnął wielki ciul. –
Wiem, przysięgałem nie opuścić jej aż do śmierci, ale wtedy śmierć miała nieco inną definicję, nieprawda?
– Cóż, rzeczywiście obecnie przepisy stały się raczej niejasne… – wyjąkał prawnik.
– To je rozjaśnij. Niech zaświecą jak samo słońce. Wszystko mi jedno. Jeżeli doprowadzisz do unieważnienia małżeństwa, dostaniesz pięć milionów. Pięć! A jeśli ci się nie uda, przeprowadzisz rozwód i wystawisz mi rachunek na sto baniek. Dzięki temu zostanę teoretycznie bez grosza i żona mojej kasy nawet nie powącha. Zapłacę ci piątkę pod stołem, a ty nie będziesz się domagać reszty.
– To podpada pod co najmniej trzydzieści siedem paragrafów!
– Nie obchodzi mnie. Chcę zatrzymać pieniądze i uwolnić się od tej kobiety. Jeśli będziesz musiał negocjować, daj jej dom. I tak pełno w nim psich kłaków, a od kiedy kupiła szklaną sofę, nie da się tam mieszkać. Aha, i chcę byś zakończył sprawę do jesieni. Wybieram się z naszą byłą opiekunką do dziecka na dwa tygodnie na Majorkę. I wolałbym tych wakacji nie odwoływać. Załatw to albo znajdę sobie prawdziwego prawnika.
To powiedziawszy, wielki ciul wypadł jak burza z gabinetu. Dwie godziny później do biura tego samego adwokata wmaszerowała żona ciula i domagała się domu, podmiejskiej posiadłości i „alimentów za to, że on już nigdy nie umrze”.
Zdecydowanie wezmę udział w tym seminarium.

Data modyfikacji:
26/06/2019, 22.00

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz