Ściana - Paweł Daniel Zalewski

26/11/2010 By: GrafZero Kategoria: Beletrystyka, Informacje wydawnicze, Powieść, Proza polska

pawel-daniel-zalewski-powiesc-sciana.jpgPowieść Pawła Daniela Zalewskiego Ściana jest widokówką z tego świata, sygnowaną samotnością, hipochondrią przechodzącą w głęboką patologię, siłą woli i poszukiwaniem miłości. Pod względem artystycznym jest bardzo interesującą pozycją.

Ściana to dwie na pozór odrębne historie napisane zwinnym, lekkim piórem. Łączy je tylko jedno: tytułowa ściana. Dwie - przeplatające się w powieści - opowieści mogą przywołać błędne skojarzenie, że każdy z głównych bohaterów szuka czasu, który skończył się bezpowrotnie. Czasu Prousta. Jednak zarówno Topinambur, jak i Serwer chcieliby raczej wymazać coś, co zdarzyło kiedyś w bliskiej lub odległej przeszłości, niż wrócić do tego, co było. Zalewski wykłada karty bohaterów na stół - odkrywa bolączki czasu ich dzieciństwa i młodości, zachowując się jak rasowy psychoanalityk. A ponieważ teraźniejszość stała się córką przeszłości, traumatyczne przeżycia wciąż odbijają się od obu płaszczyzn tytułowej ściany.

Ściana to także przykład własnego, ciekawego i znajdującego się na wysokim poziomie warsztatu pisarskiego. Nade wszystko autor imponuje zdolnością swobodnego przemieszczania się pomiędzy stylami językowymi, od potocznego do naukowego, pomiędzy odmianami języka, od gwary do slangu. Zalewski wykazuje się nie tylko bardzo dobrą znajomością poruszanych zagadnień, ale i wnikliwością oceny faktów, umiejętnością budowania z nich intrygującej fabuły, zdolnością snucia wielowątkowych dygresji przy równoczesnym stałym utrzymywaniu wytyczonej głównej linii rozwoju wypadków.

Tytułowa Ściana przeplata fabułę na zasadzie delikatnego Leitmotivu. Pojawia się jako ściana w bloku, za którą toczy się życie sąsiadów; podwójna ściana w wiejskim domku, w której można się skryć; ściana serca, której mięśnie mogą przerastać przy kardiomiopatii; podwójna ściana pod parapetem, w której ukryty jest “klucz” do “nowego świata” zaginionego brata Antoniego; wreszcie ściana, która dzieli i łączy mieszkanie Topinambura i Serwera. Zalewski ukrył jednakże w tekście jeszcze jedną, najważniejszą i najtrudniejszą do wykrycia przez nas samych - ścianę, którą odgradzamy się od ludzi. Zbudowaną z naszych osobistych obsesji, natręctw, lęków, obrzędów, przekonań, wytyczoną ostrokołem samotności, upartości, malkontenctwa, czarnowidztwa, zabobonów…

Być może morał tej powieści jest banalny: żeby pokonać ścianę, trzeba się zmierzyć z samym sobą. Ale obie strony wymownej “ściany” naprawdę zadziwią każdego czytelnika. I zaręczam, że niejeden z nich z niecierpliwością będzie czytał tę książkę, aby się dowiedzieć, który z bohaterów przebije głową mur.

Mijają systemy, upadają dyktatury, przemija dzieciństwo, młodość. Pozostaje to, kim po drodze staliśmy się. Ściana lub drzwi.

Gorąco polecam zmierzenie się z powieścią Pawła Daniela Zalewskiego i z samymi sobą. Być może otworzy się jakaś dawno nieużywana furtka.

Zobacz: www.ksiazkasciana.pl

O autorze

pawel-daniel-zalewski-autora.jpgPaweł Daniel Zalewski. Krakowianin, urodzony podróżnik, wyławiacz surrealizmu życia, wychowany wśród olejnych farb i zagruntowanych płócien, fotograf biedy, synestetyk, smakosz tajskiej kuchni, filolog z wykształcenia i astralnego namaszczenia, uzależniony od rockowej muzyki, zodiakalna ryba, dusza niepokorna i niezwykle emocjonalna, właściciel międzynarodowej firmy edukacyjnej, kolekcjoner ekstremalnych przeżyć i spotkań z odmiennymi kulturami.

Na podłożu opisanego bogactwa doświadczeń, kolorytu osobowości i ogromnej wiedzy interdyscyplinarnej wyrósł debiut powieściowy Pawła Daniela Zalewskiego Ściana. Wyrósł od razu dojrzały, gotowy do spożycia przez najwytrawniejszych i najbardziej wybrednych znawców literatury, wyrósł i natychmiast zaczął tętnić autonomicznym życiem, nie potrzebował pobytu w szklarni, cieplarni czy innym przedszkolu dla pisarskich osesków

Topinambur - fragment powieści Ściana

Topinambur

Telewizyjny kucharz z sobotniego przedpołudniowego programu przyrządzał przystawkę z topinamburu. Entuzjastycznie, fantazyjnie, z precyzją. Jednak Zygmunt chętnie zarzuciłby mu nieszczere działanie w służbie komercji: efekciarsko i na skróty. Mistrz oblizywał się, mlaskał, to znów unosił kciuk do góry, jak ów opasły kuchcik z reklamy słynnej jugosłowiańskiej przyprawy. Było mu z tym gestem do twarzy. Drobił, tarł, mełł, zgniatał, szatkował, a na koniec mieszał. Nóż w sprawnych rękach podskakiwał rytmicznie, wyczarowując spod swojego ostrza różnokolorowe drobiny, które skwapliwie wychwytywała kamera.  Zygmunt słyszał, jak uderzenia ostrego metalu o twardą krajalnicę nieustannie skandowały cztery znajome, twardo brzmiące sylaby: to-pi-nam-bur. Temperatura programu rosła. Z ekranu dochodziły coraz smaczniejsze słowa, a precyzyjne ruchy dłoni stawały się coraz szybsze, niczym zawodnicy przed linią mety. Wreszcie telewizyjny szef kuchni oblizał palec i pstryknął “voilà”. Zygmunt uchwycił triumfalny rajd półmiska z sałatką na sam środek okrągłego blatu. Kamera ukazała artystyczną fakturę bezlitośnie poszatkowanych warzyw. Sałatka, hojnie skropiona cytryną, przegryzała się w skupieniu. Dojrzewała przed medialną inicjacją. Właśnie miała oddać światu swoją dziewiczość. Tymczasem w błyszczących krawędziach półmiska, dla efektu udekorowanych talarkami warzyw, przeglądały się okna przestronnej telewizyjnej kuchni i odbijały światła halogenów. W końcu w sam środek topinamburowej masy wetknięta została rozczapierzona koniczynka bazylii. Szef, znacząc tym gestem ukończenie dzieła, rozpłynął się w uśmiechu, i jął, z nieukrywanym ukontentowaniem, zacierać miękkie, wypukłe poduszeczki dłoni. Następnie dźgnął sałatkę eleganckim widelczykiem i ostentacyjnie włożył do ust pierwszy kęs. Nie zdążył jeszcze poczuć smaku, a już z uznaniem potakiwał głową, pomrukiwał z aprobatą i gładził się znacząco po brzuchu. Na twarz wypełzł mu okrągły grymas samozadowolenia.
Zygmunt wzdrygał się za każdym razem, gdy padało słowo “topinambur”. Kradziono mu jego prywatność. Doświadczał niecodziennego wariantu déjà vu. Z kulinarnym posmakiem. Z zapachem podróbki kiepskiej jakości. Stał się cichym bohaterem niefortunnego zdarzenia. Jak muzyk, który w szmerze, leniwie sączącym się z głośnika hotelowej windy, z przerażeniem rozpoznaje komercyjną przeróbkę własnego utworu. Jak twórca wiersza bezceremonialnie zawłaszczonego w formie drewnianej deklamacji na okolicznościowej szkolnej akademii. Jak malarz z rozczarowaniem dostrzegający pośród pocztówek za szybą kiosku “Ruchu” wyblakłą reprodukcję swojego obrazu. Zygmunt był teraz niczym reżyser oglądający odsłonę ze swojego filmu, niespodziewanie sprowadzoną do roli taniej szmirowatej scenki w reklamie telewizyjnej. Koń by się uśmiał, a wesz by kaszlała - roześmiałaby się kiedyś babcia, próbując błazeńskim powiedzonkiem wygładzić jego zmarszczone czoło. Przysiadł na krześle. Żywe barwy z krystalicznego ekranu łatwo zredukowały się do czarno-białego obrazu. W zakamarkach pamięci odnalazł charakterystyczną wypukłość dawnego kineskopu.  Myślą przekręcił niewidzialną gałkę “Szeherezady” w okleinowej obudowie.  Mrużąc oczy, ujrzał planszę “przepraszamy za usterki”. Zamrugało, zabuczało. Trzaski sprowadziły migotającą pustkę ekranu. Po chwili i ona zniknęła.  Napłynęła cisza, którą wnet wypełniły odgłosy przeszłości.
- Topinambur to północnoamerykańska roślina liściasta, o kwiatach podobnych do koszyczków słonecznika, która posiada jadalne bulwy. - Druhna była jeszcze studentką, a jednocześnie, w szkole, nową panią od przyrody. Pewnie dlatego jedno z pytań dotyczyło tej właśnie dziedziny. Nosiła modną, płaską degolówkę i minispódniczkę. - Wszystko jasne? No to powtarzajcie. No, chłopcy, co to jest topinambur?
- Niech druhna to powie inaczej, bo tak to ja nigdy, przenigdy nie zapamiętam. - Błażek, w swoim brudnym, zużytym zuchowym mundurku, z zaciekami na błękitnej chuście, spojrzał na druhnę błagalnym wzrokiem.
- My też nic nie kapujemy - chórem przekrzykiwali się pozostali chłopcy z drużyny, tłocząc się na podłodze harcówki i wymierzając sobie na oślep kuksańce.
- A Zygmuś potrafi powtórzyć? - Druhna z nadzieją szukała w Zygmuncie sojusznika. Nie na darmo. Powtórzył bez zająknięcia. Nie miał pojęcia, o co chodzi z tymi koszyczkami i co to są bulwy, ale całość odtworzył przykładnie.
- No i co, da się? - triumfowała druhna. - Zygmuś, nauczysz ich wszystkich tego na pamięć. Inaczej nie zdobędą sprawności.
Skończyło się na tym, że zaledwie kilku potrafiło powtórzyć definicję, bardzo zresztą uproszczoną, i to dukając każde słowo z osobna, zaś za tych najmniej pojętnych sam Zygmunt musiał wypowiedzieć zdanie o topinamburze.
- Wstyd i hańba! Potrzebujecie adwokata, żeby za was mówił. - Druhna postanowiła wprawić chłopców w zakłopotanie, mrugając porozumiewawczo do Zygmunta. Wyraźną przyjemność czerpała z faktu, że może go na swój prywatny użytek faworyzować i obdarzać względami. A on garściami czerpał z jej przychylności. Ukradkiem przyciągał jej wzrok, jakby chciał dać znak, że zawsze jest gotów. Ochoczo odpowiadał na każdy uśmiech, skwapliwie łykał jej pochwały.
- Wy to jesteście dobre dwieście lat za Murzynami! - próbowała ich zawstydzić druhna.
Bezskutecznie, bo chłopcy woleli być wyręczani. Zygmunt stawał karnie na baczność, wypowiadał tajemnicze słowa o dziwacznym topinamburze, po czym siadał wyprostowany na ławce, gotów do kolejnej akcji. Wzorowy zuch, niczym prymus. Działał w zastępstwie, ratując kiepskich. Dumnie prezentował swoje napęczniałe ego. Z podniesioną głową deklamował zdanie o bulwach, choć wcale nie przysparzało mu to przychylności kolegów. A jednak w imię drużyny, a może po to, by nie zejść ze sceny, wytrwale walczył, mimo że był regularnie bezlitośnie podszczypywany przez matołowatego Klimończyka i boleśnie godzony w głowę kulkami oślinionej plasteliny, z impetem wypluwanymi z rurek w jego kierunku.   Żarłocznie i prymitywnie karmili się koledzy odpryskami Zygmusiowego świata; bezlitośnie i bezmyślnie rozdmuchiwali okruchy jego chwilowego sukcesu.
Pytania były trzy: “Jak nazywał się uczony, którego imieniem nazwano słynny radziecki uniwersytet?” (temat z propagandowego przydziału), “Kto pierwszy dokonał przeszczepu serca?” (dla równowagi) oraz “Co to jest topinambur?” (niewinne, nawet nie dożynkowe). Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania jeszcze przez chwilę napisane były na tablicy, ale zanim druhna zabrała się do przepytywania gawiedzi, dla zachowania pozorów współzawodnictwa starła nazwiska gąbką, co zresztą od razu wywołało głośne protesty. Jako tako wydusiły się z rozkojarzonych główek nazwiska Łomonosow i Barnard, ale ile przy tym było śmiechu. Chłopcy o mało nie połamali sobie nosów, podpowiadając na migi tym najmniej rozgarniętym, jak się ów uczony nazywał. Z kolei doktor Barnard kojarzył się z psem bernardynem, więc chłopcy ujadali zaciekle, hasając na czworaka, ale i tak Klimończyk za nic nie mógł wydobyć z siebie tego Barnarda .
Topinambur został uproszczony i sprowadzony do krótkiej formułki: “Roślina liściasta, która posiada bulwy”. W tej wersji, bardziej poprawnej politycznie (brak przymiotnika “amerykański”), znacznie krótszej (i przez to niewiele znaczącej), z licznymi podpowiedziami i z zastępczym udziałem Zygmusia, wszyscy zaliczyli naukowe pytanie z dziedziny biologii. Harcówkowy wieczór osiągnął swój cel, a cała dwudziestka otrzymała sprawność przodownika nauki. Druhna radośnie rozdała wszystkim podopiecznym trójkątne naszywki z nadrukowanym plastikowym globusem i nieodłącznym symbolem: sierpem i młotem. Potem uruchomiła projektor z filmem “Kieł rekina” i poszła do kotłowni zapalić.  Papierosa “Zefir”, z synem woźnego. Babcia Wincentyna mawiała, że ten woźny to już nie taki tercjan czy pedel, jak dawniej w szkołach bywało, tylko prosty chłopek-roztropek. Owszem, chodzi on w tej swojej fioletowej marynarce, ale to taka “woźna marynarka”, ironicznie kończyła swój wywód babcia.  Wychowawczyni natomiast nazywała go złotą rączką, zwłaszcza gdy prosiła o jakąś przysługę, najczęściej o naprawienie wypadającej klamki, dopasowanie okna lub wzmocnienie osuwającej się tablicy. Z kolei żona woźnego codziennie przemierzała szkolne korytarze w bardzo błyszczącym chałacie z białym koronkowym kołnierzykiem, zrobionym na szydełku przez babcię Adamusa. Bo to były koleżanki. Woźną przezywali “Chałatowa”, a Zygmuś przez cały pierwszy rok myślał, że ona nosi takie nazwisko, tak było idealnie dopasowane do jej wybłyszczonego stroju.
Tamtego wieczoru w dzień zdobywania zuchowej sprawności naukowca Zygmunt został “Topinamburem”. Był nim aż do końca szkoły podstawowej. Niezrozumiała definicja jeszcze bardziej skomplikowanej nazwy łatwo utkwiła wszystkim w pamięci.
W szóstej klasie, kiedy Czerwone Gitary śpiewały o Annie M. stojącej w samotnym oknie, Ania, w której kochali się wszyscy, zajrzała do jakiejś mądrej książki i któregoś dnia na wolnej lekcji matematyki, gdy klasa pozostawiona sama sobie siedziała w wielkim nieładzie, urządziła autorski numer popisowy. Zaczęła czytać o topinamburze. Na głos, na środku sali. W reakcji na tak smacznie zapowiadające się przedstawienie nawet chłopcy z ostatnich ławek przestali się bić i słuchali z uwagą, raz po raz wybuchając tylko niepohamowanym śmiechem.   Wszyscy patrzyli na Zygmunta i szczerą radość sprawiało im przypisywanie mu cech owego topinamburu. Wyobraźnia łatwo znajdowała sobie pole do popisu, kotłując się w młodych, rozlatanych głowach, tworząc obrazy zgoła surrealistyczne. Gdy Ania zaczęła czytać, Zygmuntowi wydało się, że z jej twarzy nagle spłynęła cała dziewczęcość i uroda. Odwrócił wzrok, żeby ich spojrzenia przypadkiem się nie skrzyżowały. Ania czytała powoli i wyraźnie, aktorsko modulując głos i przerywając, gdy śmiech klasy stawał się zbyt głośny.
- Topinambur. Tak, właśnie topinambur, nasz topinambur… Występuje dziko… łodyga szorstko owłosiona… przywędrował z Europy w XVI wieku… kwiaty języczkowe… występuje na przydrożach, ale też można go znaleźć w zaroślach nadrzecznych… ma wysoko wzniesioną łodygę z bujną zieloną masą liści… rozmnaża się z bulw… bulwy ma czerwone… stanowi zagrożenie dla innych roślin… służy jako pokarm dla dzików i saren… także używany jako przynęta na dziki… daje plony większe niż ziemniak… preferuje gleby piaszczyste… przetwarzany na alkohol lub kiszonki…
Zygmunt skulił się w sobie, przycupnął na krawędzi krzesła, a czujników wystawił więcej, niż miał włosów na głowie. Był od zawsze zakochany w Ani. Na tej lekcji zderzył się z nią. Czołowo. Trwał przygarbiony pod naporem jej słów. Rzucała kamyk za kamykiem. Sens jego uczucia sprowadziła do wrednego tekstu z jakiegoś przyrodniczego podręcznika. Podobno wtedy, gdy jej słuchał, nawet wyglądał jak topinambur.
Rechot sięgnął zenitu, gdy chłopcy schwycili Zygmunta i przenieśli go na stół nauczycielski, zamierzając sprawdzić, jakie ma bulwy, czy jest szorstko owłosiony, jaką ma łodygę, a na koniec obiecali użyć go jako przynętę na dzikie zwierzęta. Na szczęście, zwabiona najdzikszymi wrzaskami, nadeszła wychowawczyni, pani Aldona, i położyła kres hańbie Zygmunta. Wyswobodzony z przymusowego uścisku wrócił ze stołu tortur na swoje miejsce, dalej czując się owinięty gęstą, lepką siecią. Gęstniał w sobie. Pełen niezdrowych słów. Kruszał od pęknięć. Jak bulwa suchego topinamburu.
Po czterdziestu latach Zygmunt zajrzał śladem topinamburu do internetu. Topinambur okazał się modnym obecnie produktem spożywczym. Forum topinamburu, historia sprowadzenia topinamburu do Europy, przemysł gorzelniany, topinambur pastewny, topinambur jako chwast, topinulin - lek z topinamburu dla diabetyków, topinambur jako delikates. Zupa z topinamburu, topinambur z masłem czosnkowym pieczony w gorącym popiele, smażony na oliwie ze szpinakiem i winogronami, utarty z cebulką i ogórkiem kiszonym, surowy, krojony w plastry, o lekko orzechowym smaku. Gorąca herbata z plasterkiem topinamburu porównywana do herbaty z cytryną. Topinambur według Indian Cherokee: bulwy skruszyć w lodowatej wodzie, posypać solą i pieprzem, jeść, biorąc do ręki jak rzodkiewkę. Przepis Lindy McCartney: przetarty, z sosem cytrynowo-pietruszkowym; pieprz do smaku; podać natychmiast po przygotowaniu. Ciekawe dlaczego. A Łomonosow? Był wszechstronnym geniuszem. Pisał wiersze, stworzył także podręcznik gramatyki języka rosyjskiego. Zaś pierwszy pacjent Bernarda, sklepikarz o niebezpiecznie słowiańskim nazwisku, przeżył jedynie osiemnaście dni. Jeden z kolejnych - aż dwadzieścia cztery lata. Sam doktor Barnard zmarł parę lat temu podczas luksusowych wakacji w Pafos na Cyprze. A o przeszczepach mówi się dziś w mediach jak o zwykłej medycznej procedurze. Druhna jest emerytką w przetartych botkach i nie chodzi już w degolówce ani nie zakłada bananówy. Zimą nadal nosi elastyczne golfy, a jesienią i na wiosnę ciepły beret.
Tydzień temu wracał późną porą z Galerii Krakowskiej. Celowo wybrał trasę wiodącą ulicą o złej sławie. Dla dreszczyku emocji, z litości dla wybujałej wyobraźni. W mrok ciągnęła go niewidzialna smycz. Było cicho, ale w powietrzu wisiał rozpustny zapach tego miejsca. Po lewej opustoszały, niszczejący pałacyk koło parku. Dawna siedziba Radia Kraków. Nieopodal budynki politechniki. W ciemności nie zauważył postaci niemal wtopionych w mur. Dopiero światła przejeżdżającego samochodu wydobyły je z mroku.
Były grube, paliły papierosy i wypinały na Zygmunta swoje dupy. Perfekcyjnie sprowadziły wszystko, każdy ruch i każdy element ubioru, do tej najważniejszej, najbardziej środkowej części swojego ciała. Ulica Szlak była długa i ciemna. W sam raz. Jeden z boków trójkąta bermudzkiego.
- Pan samotny? - zalotnie zagadnęła pomarszczona twarz osadzona na wiotkim tułowiu i długich nogach w białych kozakach do kolan.
Gdy spojrzał w jej stronę, wykonała ręką parokrotnie ruch, który nieuchronnie kojarzył mu się z wysychaniem mózgu. “Od tego idiociejesz i obumiera ci mózg.  Trzeba tylko z dziewczynami, nigdy samemu, rozumiesz?”, słowa Jaśka z wycieczki do Markowych Szczawin w ósmej klasie. Zygmunt wtedy w schronisku nie zrozumiał. Czegoś jeszcze nie wiedział, a musiał wydobyć na twarz maskujący, niby szelmowski uśmieszek. Tyle się wtedy najadł wstydu. Leżał na górnej pryczy. Udawał, że go boli brzuch, że śpi. Patrzył w ścianę. Prawie wtulił się w jej chłód. A na dole panoszyła się nastoletnia pozorna wyższość, panowała oszukańcza, bezlitosna zgrywa. Słuchał, co opowiadają sobie rozgorączkowani koledzy, przekrzykując się, to znów uciszając i po kryjomu zaciągając się sportem. Niezrozumiale żarciki, niewybredne przekleństwa. Spadały po ciemku, ciężko i na oślep, na zakurzoną podłogę schroniska. Rozrzedzone gęstą plwociną i łykiem taniego sikacza. Padały daleko od jego świata. Schronisko spowite mgłą, jego usztywniony lękiem tułów. Cały topinambur.
Zawstydził się i teraz, na ciemnej ulicy półświatka. Nie odpowiedział białym kozakom i przyśpieszył kroku. Rosnąca ciekawość popychała go dalej, w kierunku budynku ZUS-u. Skrzyżowanie było rozświetlone ciepłym światłem latarni. Przysłowiowo, pod tą właśnie latarnią, stały dwie młodsze. Szedł wolnym krokiem, obserwując je spod oka. Malutka brunetka w krótkim płaszczyku i z przyklejonym do twarzy uwodzicielskim uśmiechem.
- Dobry wieczór - usłyszał jej głos naznaczony jakimś dziwnym akcentem.
Przystanął, rozglądając się na boki. Wydawało mu się, że z każdego mijającego ich samochodu śledzą go oczy kogoś, kto z pewnością go zna. Zaraz samochód zatrzyma się i ten ktoś zakrzyknie ze zdumieniem: Zygmunt, ty tutaj? O tej porze? Zrobił krok do przodu, potknął się na nierównym chodniku i o mało co nie upadł.
- Tak tu ciemno! - zdusił w sobie przekleństwo. - Dziury jak sto lat temu!
Jak wtedy. Fotoplastykon z tatą. Oaza przeszłości. To tam się dowiedział, że oprócz osiedla i Krakowa są inne światy, bywają inne krajobrazy, żyją inni ludzie. Fotoplastykon mieścił się nieopodal Rynku, w szarym, zawilgoconym zaułku. Gdy przemierzało się ponure, nierówne, pogarbione pod stopami podwórko, pełne nieoczekiwanych kałuż, dziur, wąskich zakrętów i ciemnych załomów, ogromne szczury z piskiem pryskały spod nóg. Siwiuteńki dziadek w kasie z namaszczeniem wydawał bilety wstępu. Na każdym z nich kopiowym ołówkiem wpisywał kolejny numer, a Zygmusia specjalnie głaskał po głowie.  Zygmuś zawsze pytał, kiedy będą wodzowie indiańscy i preria, a dziadek z uśmiechem odpowiadał, że niedługo będzie “Tarzan i jego dzikie zwierzęta”, co wcale chłopca nie zadowalało.

(…)

Zobacz: www.ksiazkasciana.pl

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz