Opowiadania - Nowa Fantastyka 12/2011

_okladka_nf12_2011.jpgOsobny wpis poświęcam tym razem opowiadaniom, które znalazły się w grudniowej Nowej Fantastyce. Dwa zagraniczne i jedno polskie. Dwa mi się nie podobały (choć nie w równym stopniu niepodobania), a jedno tak. Zacznę więc od tych dwóch – czyli krytycznie, on najgorszego. By potem iść w kierunku coraz lepszych opowiadań.

Proza polska

Łukasz Orbitowski
– Wszystko o moich matkach 

Muszę powiedzieć, że nie dobrnąłem do końca. I tak na prawdę nie wiem co autor miał na myśli. Jak cenię Orbitowskiego za jego felietonistykę i recenzje wszelakie, tak moim zdaniem opowiadania może sobie po prostu odpuścić. Zwłaszcza takie. Takie czyli jakie? Znów moim zdaniem napisze, nijakie. W założeniu „Wszystko o moich matkach” chyba miało być czymś z pogranicza weird i horroru bazującego na wspomnieniach i psyche. Ale do momentu co dotrwałem (czyli jakaś 1/3 opowiadania) po prostu nużyło mnie i usypiało… I w sumie tyle mogę konkretnie napisać o tym opowiadaniu „nużące i usypiające” - skutecznie.

Proza zagraniczna

Michael J. Sullivan
– Wicehrabia i Wiedźma

Tutaj jest już o niebo lepiej. Choć z założenia nie trawię fantasy, zwłaszcza humorystycznej fantasy. Chyba zostało mi tak po tym, jak nieszczęśliwie zapoznałem się z Achają. Ale opowiadanie całe przeczytałem, spodobało mi się, co szczerze przyznaje samego mnie zaskoczyło. Przygody barwnych postaci okraszone humorem – może nawet po całą powieść w tej konwencji bym i sięgnął, gdyby nie to, że innych ulubionych i zaplanowanych pozycji jest u mnie pod dostatkiem.

Na koniec zaś zostawiłem sobie do opisania najlepsze opowiadanie.

Kealan P. Burke
- Kiedy cienie są zmarznięte i głodne

Mroczne, pokręcone i zarazem przerażające opowiadanie. Niby temat oklepany – małe miasteczko, spokojne, nic się nie dzieje, czasem może jakiś wypadek drogowy spowodowany przez jelenia lub inne zwierze. Szeryf i jego zastępca to wystarczająca ekipa, żeby utrzymać porządek, bo przecież w miasteczku i tak nic się nie dzieje. Doskonała scenografia by z mroku zaczęły wyłazić koszmary.

Burke bardzo zręcznie połączył małomiasteczkowy żywot zastępcy szeryfa, przyszłego ojca, znudzonego strażnika prawa z pewnym wydarzeniem, które miało odmienić jego życie. Wspaniałe są takie opowieści na pograniczu niedopowiedzenia. Gdzie bohaterowie mają swoje życie, swoje problemy a z mroku wychodzi… nie bardzo nawet wiadomo co. Wychodzi i dzieje się koszmarnie. W życiu. Bo same strachy czy upiory są poza granicą postrrzegania.

Opowiadanie Burke’a to smakowity kąsek. A właściwie wielka mięsista zapowiedź prawdziwego smakowitego kąska – Baru dla potępionych. Jeśli wydana u nas niedawno powieść będzie w takim klimacie, to poznamy niesamowitą menażerię osobowości rzuconych w prawdziwe koszmary życia. Aż nie mogę się doczekać, by wsiąknąć w ten świat.

Co z kolei przypomina mi czytelniczą przygodę z opowiadaniami zebranymi w „Księdze Jesiennych Demonów” Jarosława Grzędowicza, gdzie ciężki demoniczny klimat otulał czytelnika czarnym aksamitem przerażenia. Groźbą wiszącą gdzieś niedostrzegalnie nad karkiem.

Wracając do Burke’a i opowiadania „Kiedy cienie są zmarznięte i głodne” to podsumować można je tak: Plusy - oryginalny pomysł, wiarygodne postacie, nawet te drugoplanowe, język pisarza, który wciąga czytelnika niczym bagno. Minusów brak.

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz