Nowa Fantastyka 10/2011 (nr 349)

07/10/2011 By: GrafZero Kategoria: Aktualności, Fantastyka, Nowa fantastyka, Prasa

nowa_fantastyka_okladka_10_11.jpgPaździernikowa Nowa Fantastyka tym razem bez dodatku w postaci książki. Za to sama w sobie jest ciekawa (pomijam opowiadania - bo tych jakoś nie mam siły od kilku lat czytać, pomijając pewne wyjątki). Za to znów zaskakująco dobrze wypada publicystyka. Bardzo ciekawe Kreowanie Przyszłości - o tym, jak fantastyka prowokuje wynalazców do pracy i tworzenia urządzeń użytku publicznego wprost z pomysłów fantastów. Modne i na czasie - Co Czytają Terroryści - aż strach pomyśleć, że czytelnik fantastyki może zostać uznany za terrorystę. Trochę historii czyli o leczniczych zaletach promieniotwórczego radu. Potem ostrzej i dla dorosłych - o seksie z kosmitami…

Wśród recenzji znalazłem zachęcenie do Resnicka (Słonie na Neptunie) i Mievilla (Kraken) oraz wyraźne ostrzeżenie przed Robokalipsą Wilsona.

W felietonach przerażająca przyszłość a może rzeczywistość - czyli Kosik piszący o Bogu Monitoringu. Jakiś taki moim zdaniem nijaki Watts w Stres i sakrament. I jak zwykle odlatujący w dziwne klimaty Orbitowski.

Publicystyka, felietony, recenzje - bardzo dobra część Nowej Fantastyki. O opowiadaniach może wypowiedzieć się ktoś, kto je przeczytał :)

A w numerze m.in.:

Publicystyka

A mnie jest szkoda lata…

Zaciera się granica między rzeczywistością a fantastyką - widać to wyraźnie nie tylko w artykułach w tym numerze “NF”. Choćby wtedy, gdy używamy gadżetów, jakie niedawno były domeną twórców SF. Jak daleko jeszcze zawędruje ludzkość? A może czeka nas upadek cywilizacji i żyjemy w czasach, które dla naszych następców staną się Wiekiem Legend?

Wystarczy dygresji. W październiku na książkowych półkach sporo atrakcji. Poza książkami, które widzicie obok, czeka nas m.in. premiera powieści “Niebo ze stali” Roberta M. Wegnera, czyli kolejnej opowieści z meekhańskiego pogranicza. Konrad T. Lewandowski w “Faraonie wampirów” zmierzy się z popularnym ostatnio gatunkiem “mash-up”, przerabiając na fantastyczną modłę powieść Bolesława Prusa. Czy odniesie większy sukces niż “Przedwiośnie żywych trupów” Kamila Śmiałkowskiego? Zobaczymy. Ponadto czeka nas m.in. trzeci tom “Rakietowych szlaków”, dziesiąty tom “Zwiadowców” J. Flanagana, oraz wydane w “dwupaku” wznowienie “Śpiącej Królewny” i “Pieprzonego losu kataryniarza” Rafała Ziemkiewicza - opowiadania i powieści nagrodzonych “Zajdlami”.

W kinie, poza wariacją na temat Aleksandra Dumasa, m.in. “Giganci ze stali” - przyszłościowa historia o bokserskich walkach robotów sterowanych przez ludzi. Wśród komiksów na szczególną uwagę zasługuje “Joker” Briana Azzarello - alternatywna historia słynnego złoczyńcy, pokazana z perspektywy jednego z jego pomagierów. Do uniwersum DC wciągnie nas także “Arkham City” - jedna z dwóch mocnych premier na rynku gier w październiku.

Jerzy Rzymowski

Wojciech Chmielarz
KREOWANIE PRZYSZŁOŚCI

SF to nieustająca prowokacja dla wynalazców. To inspiracja, do której czasem się przyznają. Aż strach pomyśleć, gdzie byśmy dzisiaj byli, gdyby nie fantastyka naukowa.

Myślicie, że autorzy SF przewidują powstanie nowych wynalazków? Że Stanisław Lem przewidział pojawienie się czytników e-booków (”Powrót z gwiazd”), twórcy “Star Treka” telefonów komórkowych, Jules Verne łodzi podwodnych, a Philip K. Dick inteligentnych domów (”Ubik”)? Pierwsza nasuwająca się odpowiedź brzmi: tak. Pojawiło się jednak grono osób, które podważają nie tyle odpowiedź, ale samo pytanie. Wolą oni zadać inne, dużo bardziej intrygujące: czy w ogóle zbudowalibyśmy łodzie podwodne, gdyby nie “20 000 mil podmorskiej żeglugi” i czy posługiwalibyśmy się dzisiaj telefonami komórkowymi komórkowymi, gdyby nie “Star Trek”? Absurdalne? Tylko na pierwszy na rzut oka.

Komórka ze “Star Treka”

Marc Rayman szerokim ruchem ręki pokazuje pokój, w którym właśnie się znajduje. Jest to sporej wielkości pomieszczenie, na którego ścianach migają różnokolorowe światła, a pozostałą przestrzeń wypełniają wskaźniki, przełączniki i kable. Podniecony mówi, że to wszystko przypomina mu stanowisko Scotty’ego ze “Star Treka”. Chwilę później sam wciela się w rolę sympatycznego, głównego inżyniera USS Enterprise i wygłasza jedną z jego kwestii.

Wbrew pozorom Rayman nie jest zbzikowanym fanem kultowego serialu, a przynajmniej nie wyłącznie. To ceniony naukowiec zatrudniony przez NASA. Pracował m.in. przy misji Deep Space 1.

Głównym celem Deep Space 1 było przetestowanie tuzina nowatorskich technologii, które miały umożliwić tańsze, łatwiejsze i bezpieczniejsze podróże kosmiczne. Wśród nich znajdował się napęd jonowy, zaprojektowany przez Raymana. Inspiracją dla naukowca była jedna ze scen ze “Star Treka”, z odcinka “Spock’s Brain”, w którym załoga USS Enterprise napotyka statek obcych z tym właśnie rodzajem silnika.

Adam Rotter
CO CZYTAJĄ TERRORYŚCI

Mieszasz sobie w głowie fantastyką naukową? Wciskasz wszędzie popkulturowe porównania? Zabijasz tysiące przeciwników w grach komputerowych? Być może jesteś materiałem na terrorystę!

Albo niekoniecznie.

W niedługim czasie po tragicznych zamachach w Norwegii rozpoczęła się swoista gra w “gorącego ziemniaka” osobą Andersa Behringa Breivika. Przeróżne zaangażowane grupy wrzucały go w ręce innym zaangażowanym grupom, krzycząc że to ich człowiek. Te z kolei ciskały go jeszcze dalej, bądź czym prędzej odrzucały z powrotem. Siłą rzeczy nieszczęsny gorący ziemniak trafić musiał, choćby rykoszetem, do fandomu. To nie do uniknięcia wobec tego, że manifest norweskiego zamachowca “2083 - Europejska Deklaracja Niepodległości”, powołuje się zarówno na książki, filmy, jak i gry z interesującego nas gatunku. Wśród specjalistów od najpłytszych wyjaśnień albo intelektualnych higienistów chcących ustrzec najmłodszych przed przemocą w mediach już rozbrzmiewają głosy, że znieczulica Breivika to wynik jego zainteresowań popkulturowych. W związku z tym, warto prześledzić na wybranych przykładach, jak kultura popularna przedstawia i odnosi się do kwestii terroryzmu, cały czas mając w pamięci Breivika i jego manifest.

Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz
RADOWE SZALEŃSTWA Z LAMUSA

Nagroda Nobla w dowolnej dziedzinie to sława, uznanie, pieniądze i hordy dziennikarzy pod domem laureata. Jednak, kiedy wyróżnienie dotyczy chemii lub fizyki, szaleńczy entuzjazm tłumów zdarza się rzadko.

Zwykle owe tłumy najpierw czekają, aż ktoś im przystępnie wytłumaczy, o co w odkryciu chodzi. Chlubnym wyjątkiem od reguły był przypadek jedynej podwójnej noblistki w historii, a przyznanie równo sto lat temu nagrody Marii Skłodowskiej-Curie za wydzielenie czystego radu podsyciło tylko szaleństwo, o którym George Bernard Shaw pisał: Świat dostał kompletnego bzika na punkcie radu, co rozpaliło naszą łatwowierność w dokładnie ten sam sposób, jak zjawy w Lourdes rozpaliły łatwowierność katolików.

Panaceum

Na początku XX w. promieniotwórczość w masowej wyobraźni była nowym, cudownym i bezpiecznym sposobem na zrewolucjonizowanie życia codziennego. Odkrycie nowych pierwiastków podsyciło to przekonanie, przy czym polon ze względu na niezwykle rzadkie występowanie w naturze nie stał się aż tak popularny jak rad, którego emanacje (czyli produkty rozpadu, np. gaz radon) odnajdywano co i rusz, na przykład w naturalnych wodach leczniczych. Tak oto na prawie trzy dekady rad stał się panaceum na wszelkie dolegliwości i nie tylko. “Słoneczna substancja” prócz raka miała leczyć m.in. choroby umysłowe, lumbago, nadciśnienie i migrenę - twierdzono, że obchodzenie się z radem jest tak niegroźne, że porównywalne do pisania na maszynie. Radowe szaleństwo podsycali sprytni przedsiębiorcy, którzy szybko zalali europejskie i amerykańskie rynki różnymi preparatami. Mężczyznom polecano tonik do włosów “Curie” na łysienie oraz “woreczki radowe”, które noszone przy pasku zapobiegały artretyzmowi, zaś włożenie ich do bielizny miało działać jak viagra.

Michał R. Wiśniewski
JAK TO SIĘ ROBI Z KOSMITAMI

Minęły czasy, gdy w kosmos latali harcerze, a w przestrzeni było jak w ZSRR - sjeksa u nas niet. Na tle kosmicznej otchłani człowiek spotyka obcego. Dochodzi do kontaktu. I bywa to kontakt erotyczny.

Niedawno w oskarowe szranki stanęły (i niestety poległy) dwa filmy SF: “Avatar” Jamesa Camerona i “Dystrykt 9″ Neila Blomkampfa. Utopijna wizja obcej planety kontra kosmici w afrykańskich slumsach. I choć w tej drugiej jest zawarta prawda o życiu, wszechświecie i całej reszcie, to ta pierwsza poruszyła serca (i nie tylko) widzów. Najlepszą sztuczką twórców było stworzenie rasy Na’vi, kosmitów na tyle obcych, żeby nie przypominali startrekowych “aktorów z doklejonym dziwnym czołem”, a jednocześnie na tyle atrakcyjnych (ssaki czy nie, cycki mają być! - zarządził podobno sam Cameron), by rzesze fanów mogły wzdychać do ślicznej w swej obcości i niebieskości Ney’tiri. To, co w świecie “Dystryktu 9″ jest ukazane jako obrzydliwość, w “Avatarze” jest piękne. Nie może dziwić, że bohater zakochuje się w przedstawicielce innego gatunku, gdy wielu widzów podziela to uczucie.

Oba filmy są stronami tego samego medalu - fantazje o pozaziemskim seksie raz są przejawem chęci przeżycia egzotycznej przygody (kosmos jako nowy Orient czy Tahiti w wydaniu Gauguina), kiedy indziej - wyrazem lęku i obrzydzenia. Z jednej strony czeka trójpiersiasta nierządnica z Eroticonu 6 (polecana przez przewodnik “Autostopem przez galaktykę”), z drugiej - vagina dentata kosmicznego potwora.

Więcej: http://www.fantastyka.pl/39,3.html

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz