Podziemia Veniss - Jeff Vandermeer

podziemia-veniss-jeff-vandermeer-2009.jpgCiężko ująć słowami w jak fantastyczną i zarazem mroczną podróż zabrał mnie Jeff Vandermeer w swojej powieści PODZIEMIA VENISS. Początek był trudny, bo plastyczna wizja uderza i każe wysilać wyobraźnię. Autor zaś mniej skupia się na wyjaśnianiu spraw, lecz raczej pozwala czytelnikowi budować mrok w swojej świadomości. A gdy już wszedłem, zagłębiłem się w PODZIEMIA… to pochłonęły mnie całkowicie. Niczym w szalonym śnie podróżowałem wraz z bohaterami poprzez obrazy. Malownicze, mroczne obrazy. Spotykałem cuda i cudaki. W mojej głowie narastał strach, ciekawość, fascynacja. Obrazy malowane słowem stawały się coraz bardziej niepokojące. I tak a jest ta powieść, niepokojąca, przerażająca. PODZIEMIA… to kraina pełna dziwadeł, zagrożeń i życia. Życia we wszelkich najdziwniejszych formach. Vandermeer zasypuje tutaj pomysłami, a czytelnik uplastycznia te wizje wedle tego, co czai się w jego podświadomości… Ta książka to prawdziwa uczta…

INNI O KSIĄŻCE:

Jestem człowiekiem małej wiary, jeśli idzie o ufność w zapewnienia płynące z ust wydawców. Podobnie jak Niewierny Tomasz, dopóki nie zobaczę, nie dotknę, nie usłyszę, nie przeczytam, nie nadam kształtów niebyłym światom… dopóty nie uwierzę. Przeczytałem i uwierzyłem. Napisać, że Podziemia Veniss to „prawdziwie koszmarna opowieść”, to tyle, co nie napisać nic.

Przedstawiają rzeczywistość rodem z najstraszniejszych, złowrogich, druzgocących sennych majaków. Takich, które wyrywają człowieka ze snu w środku nocy, nie pozwalając zmrużyć oczu także i dnia następnego w obawie przed zaśnieciłem i spełnieniem posępnej obietnicy z kart powieści Jeffa VanderMeera. Rzeczywistości niepokojącej. Bez klarownej mechaniki i sprawstwa tego świata, bez jasnych praw i reguł, zwartych ontologii, podziałów na człowieka i zwierzę, na istotę i podgatunek, świętość i powszedniość, normę i wynaturzenie. Rzeczywistości niedookreślonej, lecz tym mocniej intrygującej, im bardziej niejednoznacznej, brudnej, przypadkowej i nieuporządkowanej.

VanderMeer zabierze nas do świata, w którym szaleni bogowie zejdą na ziemię, przywdzieją absurdalne, surrealistyczne szaty, nadając swym istnieniom prawdziwie ohydne formy. Do świata bioinżynierii krańcowej, chromosomowej ruletki bez żadnych granic, bez strażników nienaruszalności genetycznej, instynktu samozachowawczego gatunku ludzkiego czy zwykłej przyzwoitości. Do świata, w którym człowiek… najzwyczajniej oszalał. W którym, pod nadziemną rzeczywistością biurowców, programistów i niewydolnych miejskich przestrzeni, świat skrywa banki organów, rzesze kalekich, góry ludzkich kończyn, w których pragnący zemsty mężczyzna pocznie szukać swej ukochanej w nadziei, że zdąży przed śmiercią i zbezczeszczeniem.

W Podziemiach Veniss brak wymyślnych technologii, ich skrupulatnych opisów, projekcji nowatorskich maszyn i urządzeń. Punkt ciężkości przesunięty jest na kreację człowieka, organizmu, ciała, co wyraża obawę, do czego nauka w wydaniu ostatecznym, w swojej najbardziej radykalnej, krańcowej formie może doprowadzić. Podobnie jak u Mievillea (vide: prze-tworzenie) hybrydy gatunków, upiorne syntezy organizmów, ekstremalny owoc zabawy chromosomem, dopełniają przytłaczający obraz przyszłego(?), odległego(?), możliwego(?) postświata. Nie jest to literatura miła, łatwa i przyjemna. Wymaga wiele od czytelnika, ale wiele też obiecuje w zamian. Bywa i absurdalna, na przykład gdy surykatka z Szanghajskiego Cyrku Quina niekiedy tak bardzo przypominająca człowieka, okazuje się być modelem bojowym – miejskim zabójcą. Bywa i bardzo ludzka, poruszająca, kiedy to uczucie kobiety i mężczyzny zwycięża nad bezwzględną potwornością tego świata, nakazując im istnieć.

Każdy, kto miał okazję poznać dzieje Ambergris, molochu, Miasta szaleńców i świętych, wie, że Jeff VanderMeer jest pisarzem wybitnym i niepowtarzalnym, co potwierdza w Podziemiach Veniss. W przypadku jego pisarstwa wszelkie gatunkowe określenia tracą swój sens, rozpływając się w niejednoznacznych miejskich fantasmagoriach. A wracając do wstępu, na przyszłość postaram się uwierzyć, przynajmniej w jakość książek wydawanych w serii Uczta Wyobraźni… więc ucztujmy…

Autor: Aleksander „Villain” Lejawka
Reakcja: Natalia „Ardelin” Wójciak

Źródło: http://www.valkiria.net/index.php?type=review&area=1&p=articles&id=15171

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz