Kurczak ze śliwkami - Marjane Satrapi

21/06/2008 By: Tynek Kategoria: Komiks

Kurczak ze śliwkami - Marjane SatrapiDostałam wreszcie od małej zwariowanej Tigi „Kurczaka ze śliwkami” Marjane Satrapi. Niedziela (po sobotnim koncercie Dub Pistols) była ciężka, więc myślałam, że wybuchy śmiechu odgonią afterkową nadwrażliwość i pochłaniający spleen.

I co? Satrapi zafundowała mi psychiczny nokaut. Bo ten komiks to ni mniej, ni więcej tylko egzystencjalny kałasznikow, strzelający drażliwymi pytaniami o to, co nadaje sens życiu (a znajdźcie mi takiego, dla którego ten temat jest przyjemny jak „Leniwa niedziela”).

Bohaterem kolejnego odcinka rodzinnej sagi Marjane Satrapi (tego, kto nie wie, o co chodzi z tą sagą i kto to w ogóle jest Satrapi, odsyłam do mojej wcześniejszej recenzyjki – parę słów tam pisnęłam i nie chce mi się powtarzać) jest wujek matki autorki, mistrz gry na tarze – Nasser Ali (tar to instrument strunowy, niech wam się z tarą do prania nie myli, jeśli ktoś jeszcze w ogóle takową pamięta).

Fabuła komiksu – prościutka. Wujek Nasser Ali pewnego dnia kładzie się do łóżka i postanawia umrzeć. Umieranie zajmuje mu ciut więcej niż Bogu stworzenie świata – osiem dni. Swoją drogą można by zapytać, dlaczego tak długo. Przecież dawno już wymyślono dużo szybsze sposoby na ostateczne rozwiązanie problemu jednostkowego życia. W tym przypadku te ostatnie osiem dni stają się wycieczką w dwie strony naraz – w przeszłość i, paradoksalnie, teraźniejszość – która pokazuje nam, turystom na gapę, siedem cudów życia Nassera Alego i nieodwracalny smutek po ich stracie, dzień po dniu odbierający sens i smak jego istnieniu. To, w jedną stronę, podróż do prawdziwej miłości, do pasji grania, do mistrza i zmarłej matki, także do młodości, czyli momentu, gdy wszystko, nawet cierpienie, jest pierwsze, świeże i może dawać natchnienie. Drugi kierunek tej wycieczki to popadanie w nieodparte uczucie straty, zagłębianie w zniechęcenie, głębokie poczucie bezwartościowości, bycia nieważnym, niepotrzebnym i niekochanym. 

Taka wędrówka w absolutną samotność to dla twórcy wyzwanie, łatwo ulec zbyt grubej kresce patosu. Lubię Satrapi za to, że w dyskretnie ironiczny i lekki sposób potrafi opowiadać o rzeczach niedyskretnie trudnych. Bo jak się nie śmiać, gdy Nasser Ali podróżuje z synem albo kupuje buty dla córki (kto z was chodził w dzieciństwie w butach o dwa numery za dużych, ręka w górę). Mnie oczarował także perski koloryt, np. sufickie przypowieści Rumiego. Zwłaszcza że dzięki takiemu bajkowemu komentarzowi opowieść o muzyku Nasserze Alim nabiera głębi doświadczenia dotyczącego wielu, bo chyba nie wszystkich. Sama Marjane w jednym z wywiadów zauważa, że wujek, jak to artysta, był człowiekiem wyjątkowym, ponadprzeciętnie wrażliwym i egocentrycznym (znaczy łatwo nie miał…).

Ten komiks ma w sobie wszystko, co cenię w opowieściach: kolorową magiczność, beztroski śmiech, lekką ironię i dojmujące rozczarowanie. Taki koktajl zawsze przyprawia mnie o zawrót głowy. Choć nie polecam go jako specyfiku leczącego syndrom dnia drugiego.

 

Tynek

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz